czwartek, 13 kwietnia 2017

Witamina PPP



Cóż, wstyd i głupio, że na moim blogu jeszcze zima...

Czasami najlepiej po prostu uczciwie powiedzieć, że miało się gorszy czas i że blokada..., tyle. W pewnym sensie ten wpis to tak trochę kontynuacja poprzedniego.

Nie jestem zwolenniczką wyciągania prywatnych spraw np. na blogu, ani egzaltowania własnymi problemami wszem i wobec. Ale muszę szczerze przyznać, że po wielu latach, jakby rykoszetem wróciły do mnie smutne przeżycia z dzieciństwa, bezczelnie i zuchwale wybrały sobie czas mojej gorszej nieco kondycji i namieszały mi trochę w głowie i... sercu, przy okazji zachęcając i mnie do namieszania wokół. Jednak szczerze wierzę, że wszystko jest po coś i tą myślą właśnie chcę się podzielić.
A więc po co?
Z pomocą przyszła mi witamina PPP.
Polega ona na codziennym aplikowaniu sobie nieograniczonej dawki pielęgnowania pewnych myśli i drobnych gestów, które z czasem, przy dobrych wiatrach i chęciach stają się nawykami. Nie takie całkiem znów łatwe, ale możliwe, przynajmniej ja się nie poddaję! :)

I. Pielęgnowanie dobrych wspomnień.
Wiele razy słyszałam słowa " nie wracaj do przeszłości", ale jestem typem osobnika, który tak już ma, że wraca i kropka. I chyba nic mnie nie jest w stanie zreformować, cóż. W pewnym momencie, zalewając się falami smutnych wspomnień, prawie podtapiając się w ich odmętach, pomyślałam sobie: albo się utopię, albo się czegoś złapię. Ale niczego do złapania się nie było oprócz... własnej głowy, która niczym Wilson z filmu z Tomem Hanksem - dryfowała jeszcze jakimś cudem na powierzchni. Literalnie się jej uczepiłem, a dokładniej, jednej jej części, tej z zawartością czegoś na wzór pęcherzyków powietrza, które utrzymywały ten baniak na powierzchni, a które miały w sobie zapis "ej ty, nie jesteś głupia, nawet całkiem inteligentna i ... kochasz". Od razu nie załapałam o co chodzi, ale były to.... DOBRE myśli, DOBRE wspomnienia. Banalne.
I dopłynęłam, trzymając się tej podskakującej na falach piłki - do brzegu...
A więc, nie dajmy powikłanej naturze wmówić sobie, że ten czarny "kruk przeszłości", siadający nieraz na klacie w środku spokojnej nocy, przypominający na wypadek gdybyśmy dostali sklerozy: "hej, jestem tu, zapomniałeś (-aś)?" - jest kimś elementarnie ważnym, bo po prostu i tak bardzo zwyczajnie - nie jest!
Skoro nie mogę zmienić swojej sentymentalnej natury i konstatacje przeszłości są upierdliwym bumerangiem nie do pozbycia się, a równocześnie nie chcę podzielić losu gościa, który kupił sobie nowy bumerang i zwariował nie mogąc pozbyć się starego, to przynajmniej mogę zostać hodowcą dobrych wspomnień, bo jakieś zawsze się znajdą, tylko dobrze poszukać. I jak ogrodnik, ucieszyć się - co za fajny kwiatek się wyhodował, kwiat wdzięczności za to co otrzymałam dobrego, z amnezją na to co było "be", nawet bardzo "be". I nawet jeżeli amnezja nie będzie całkowita i wciąż jakaś część źle naoliwionych zawiasów w płatach mózgowych będzie skrzypieć, to i tak nie zagłuszy szumu potoku dobrych, wdzięcznych myśli.
Wiem o wielu osobach, które cierpią z powodu powikłanej przeszłości i ciężkich doświadczeń i również dlatego o tym wspominam. Można coś dla siebie samego zrobić. I nikt nie może mi zarzucić, że nie wiem oczym mówię, bo... wiem.

II. Pielęgnowanie dobrych gestów i słów.
Tu krótko i na temat, bo dużo o tym w różnych sentencjach. Ja dodam tylko tyle: dobre słowo, dobry, bezinteresowny gest życzliwości ma " zabójczą" moc. Potrafi - jeżeli nie całkiem wybić, to przynajmniej mocno osłabić czyjąś niewiarę w siebie, we własne siły i możliwości. Słyszałam o ludziach, których cofnęło to znad krawędzi... Tani środek, a taki skuteczny!
Bo słowo "pomaganie" odmienia się przez wiele przypadków, a już na pewno więcej niż siedem i jako rzeczownik odczasownikowy ściśle łączy się z c z y n n o ś c i ą, nie biernością. A przy okazji fajnie witaminizuje moje własne nadwątlone ciałko duchowe.

III. Pielęgnowanie chwili obecnej.
Cóż, kolejne odkrywcze hasło: obecna chwila już się nie powtórzy. A więc, co tu dużo gadać, raczej chyba i na pewno, szkoda ją po prostu... przepierniczyć.
Ale czasami bywa, że - TA obecna chwila zdaje się być kompletną beznadzieją, bo np. mam dwie nogi i mogę sobie na nich zejść do kuchni, obie ręce, żeby sobie machnąć śniadanko, które na dodatek sama mogę zjeść i nikt mnie nie musi karmić, a potem sama mogę sobie po nim posprzątać i swoimi oczami popatrzeć na błękitne lub szare niebo, cóż, hę..., nie bywa łatwo. Na dodatek w dziwnym kraju przyszło mi żyć i tyle tego, że ech..., co tam chwila obecna... Może inni mogą tylko pomarzyć o niej tu i teraz, np. ... mieszkańcy Namibii lub Syrii, ale w chwili obecnej nie mam czasu myśleć o tym. Ech, nie jest łatwo.
Wsłuchuję się w swoje sarkastyczne słowa i ... robi mi to dobrze.

A więc po co to?- pytam siebie i od razu sobie odpowiadam, wszak jestem najlepszym ekspertem :)
Po co mi ta rozkmina o traumach z dzieciństwa, po co mi tęsknota za kimś lub czymś co i tak nie wróci, po co mi to własno-obrywanie, chroniczne niedowartościowanie i inne życiowe "przyjemniaczki"?
Może właśnie po to, żeby w pewnym momencie przyjrzeć się temu ze zrozumieniem i zdrową krytyką, zatrzymać się, wziąć głęboki oddech, zupełnie jak ten pierwszy, na czczo łyknąć vit PPP, przypomnieć sobie, że na dodatek i co najważniejsze - nie jestem sama pod tym niebieskim niebem i ...wreszcie prawdziwie uśmiechnąć się do niego i Niego.

Z najlepszymi życzeniami pięknego przeżywania Świąt Wielkiej Nocy, radości w sercu i by nikt nie czuł się osamotniony!
Wreszcie wiosna...

Ola

Mój gaj wczesnowiosenny, piękny jak zawsze...





















🙂







2 komentarze:

Dziękuję Wam wszystkim za czas i komentarze!